Wspomnienia e...

„Szanujmy wspomnienia…” rok 2017

Dziennik lekcyjny

kl. I a – kl. VII a

Wolf Krystyna… obecna.

Co moja pamięć mówi o przeszłości związanej ze Szkołą Podstawową w Hałcnowie?

Duża część mojego życia zrosła się z tą szkołą, bo już od najmłodszych lat, a później jako uczennicy od 1952-1959, następnie nauczycielki w latach 1965-1975.

Nie jest łatwo wybrać z pamięci wspomnienia. Jest ich tak wiele, tak różnych, a przywołane, dla mnie mogą być ważne, wartościowe, ciekawe, a kogoś mogą nudzić, zmęczyć… Ale wiem na pewno, że wszystkie łączy radość, marzenia, beztroskie życie młodych lat, szkolne łobuzowanie, ale też nauka i praca z uczniami szalenie odpowiedzialna.

Dlatego wybór wspomnień może wydawać się czytelnikowi nieco chaotyczny, ale tak przywołane są bardziej wiarygodne i oddają klimat lat przeżytych w tej szkole zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Proszę również nie liczyć na ocenę wspomnianych zdarzeń, faktów, ona należy do odbiorcy- myślącego, wrażliwego, który, albo pamięta tamte czasy, albo potrafi wczuć się w klimat tamtych lat. Nie padną też żadne nazwiska uczniów, koleżanek, czy kolegów, których mile i serdecznie wspominam, gdyż wymieniając, mogłabym kogoś pominąć, a tym samym sprawić mu przykrość. Będą natomiast nazwiska kierowników i nauczycieli.

W 1947 r., czyli 2 lata po zakończeniu II wojny światowej, moi rodzice Maria i Karol Wolfowie przybyli do Hałcnowa; ja wtedy miałam 2 lata. Mama Maria Wolf otrzymała pracę w tutejszej szkole, której wówczas kierownikiem był Kazimierz Lankosz. Pamiętam go jako człowieka niezwykle łagodnego, dobrotliwego, oddanego szkole, ciągle ze skrzypcami (prowadził również chór), niskiego wzrostu, siwe włosy, kaszkiecik, szybki i energiczny krok. On biegał po drzewach jak wiewiórka. Ogród przy szkole był jego pasją, dla mnie z kolei „zaczarowany ogród”. Pan kierownik pielęgnował ten ogród od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Co tam rosło? Przede wszystkim kwiaty: fiołki, zawilce, jaskry, narcyze, bzy, jaśminy, maliny- widok i zapach wyjątkowy. Tego się nie zapomina nigdy! Jako dzieciaki mogliśmy buszować po nim do woli. Oprócz tego zachwycającego piękna miał również swoją mroczną tajemnicę związaną z wojną. Pewnego dnia w rogu ogrodu (dzisiaj od strony wejścia do szkoły) odkryliśmy hełm wystający z ziemi- przerażenie i krzyk- oto dziecięca reakcja. Zaalarmowaliśmy dorosłych, przyjechała milicja, zorganizowano ekshumację szczątków 3 żołnierzy (chyba niemieckich). Takich miejsc było więcej w Hałcnowie. Dzieciństwa, choć ubogiego, ale radosnego nie dane było przeżyć kilkorgu dzieciom, dla których wojna się nie zakończyła. Zostało po niej wiele niewybuchów, które szczególnie dla chłopców, stawały się śmiertelną pułapką. Rodzice i nauczyciele przestrzegali nas opowiadając dramatyczną historię ucznia klasy I B Mariana Szymika, który rozkręcając pocisk artyleryjski, zginął w wyniku wybuchu, a było to w 1946 roku w maju, czyli tuż po zakończeniu wojny!

Nauka w hałcnowskiej szkole odbywała się w dwóch budynkach. Była tzw. „stara szkoła” i „nowa” (obecnie rozbudowana). Młodsze klasy uczyły się w „starej”, a uczniowie od klasy piątej chodzili do „nowej”. Tam też był sekretariat i kierownik. Była to „wędrówka ludów” np. na obiad do świetlicy w starej szkole, nauczyciele pod pachą z mapami, globusami, przyrządami na doświadczenia (z fizyki, chemii), zeszytami , poprawionymi klasówkami, piłkami na w-f. 10 minut musiało wystarczyć, bo zaraz dzwonek! I tak przemieszczali się nauczyciele i uczniowie w słońcu, deszczu, śniegu…

Jak tam Twoja wyobraźnia Czytelniku Młody- nadąża?

W klasach piece kaflowe, w których wcześnie rano rozpalały panie sprzątaczki np. p. Bartelmusowa, p. Pociaskowa, p. Bachowska itd., a my przyklejeni do nich, choćby ogrzać ręce. Podłogi naoliwione, aby nie unosił się kurz. Dyżurni pełnili swoje obowiązki: zmywali tablice, nalewali atrament do kałamarzy, byli ważni w klasie cały tydzień, to od nich zależał porządek w klasie. Na przerwach ganialiśmy po boisku, grając w berka (klepanego), krzycząc, jedna koleżanka drugiej plecie warkocze, inna szepce coś do ucha, wybuch śmiechu, pierwsze nieśmiałe spojrzenia w stronę swoich sympatii. Łatwo zauważyć, że zachowania i reakcje dzieciaków są takie same jak dzisiaj, z tą tylko różnicą, że nie mamy w rękach „komórek”, a dzięki temu jesteśmy w grupie, dużo rozmawiamy, śpiewamy, śmiejemy się, czujemy swoją obecność… I oczywiście budynek szkoły jest inny- jeden, nowy, okazały, co jest zasługą wielu, a przede wszystkim p. Wł. Miroty, p. E. Furczyka, p. St. Stawowczyka, a wcześniej kier. M. Wolf starającej się o jej budowę. Nikt też nie odbierze nam wspomnień zimowych np. ślizgawek na podwórkach, czy zjazdów z Sordylowej Górki- to była wyjątkowa frajda. Wakacje również były atrakcyjne. W roku 1951 otwarto pierwszą półkolonię w naszej szkole dla 70- ciorga dzieci. Wielu z nas pamięta te radosne chwile spędzone na półkolonii. Witajcie wakacje! Lipiec, upał, cisza we wsi, rozleniwienie, tylko tysiące pszczół pracuje za darmo, bez urlopu, a my, dzieciaki, biegniemy każdego ranka do starej szkoły, ustawiamy się w dwuszeregu, flaga na maszt i śpiewamy gromkim głosem:

Naprzód młodzieży świata,

nas braterski połączył dziś marsz…”

Później śniadanie w świetlicy, bułka z „czymś”, herbata, kawa z mlekiem… czy to ważne. Ważne, że byliśmy razem szczęśliwi, beztroscy, szliśmy do lasu, graliśmy w piłkę, bawiliśmy się w podchody i szukaliśmy śladów wojny w okopach. Należy dodać, że ochoczo braliśmy udział w różnych pracach czy to w wykopkach ziemniaków, pieleniu buraków cukrowych, wyrywaniu lnu i konopi na Zagrodach albo sadzeniu drzewek z okazji „Dnia Lasu”.

Jako ciekawostkę podam, że rok szkolny 1952/53 rozpoczynało 532 dzieci, a następny 519, nauczycieli było około 20, których się nie zapomina, każdy wyjątkowy np. p. Sajewiczowa- nasza polonistka zaszczepiła w nas miłość do czytania książek, starannego prowadzenia zeszytów, recytacji fragmentów „Pana Tadeusza”, a szczególnie opanowania ortografii i gramatyki. Pan Bolesław Zima niektórych rozkochał w muzyce, śpiewie. Zasłuchani w jego grę na skrzypcach mogliśmy być bliżej sztuki, pieśni Moniuszki… Maria Wolf- tak tłumaczyła twierdzenie matematyczne aż zrozumiałeś.

Zakończę ten okres wspomnień dosyć smutnym akcentem, mianowicie: w marcu 1954 roku zachorował p. kier. Lankosz i został odwieziony do szpitala w Białej. W kronice szkolnej czytamy:

„Dnia 18 marca 1954 r. po krótkich a ciężkich cierpieniach zmarł w szpitalu w Białej długoletni, zasłużony kierownik naszej szkoły i gromady, wzór pracy i obowiązku. Ostatnią usługę oddało mu całe społeczeństwo Hałcnowa i dzieci szkolne”

Szliśmy wstrząśnięci i bardzo poważni w kondukcie, za swoim ukochanym kierownikiem do kościoła w Hałcnowie, gdzie ceremonię pogrzebową celebrował ks. P. Skiba. Zgodnie życzeniem ciało przewieziono na Cmentarz Rakowicki w Krakowie.

Do Szkoły Podstawowej w Hałcnowie powróciłam jeszcze raz, ale już jako nauczyciel w 1965 roku, a wcześniej, jak wielu innych, młodych nauczycieli, odbywałam tu praktykę. Tu pierwsze szlify nauczycielki zdobywali p. H. Krzyżagórska, p. M. Raszka, p. S. Raszka, czy K. Wolf. Wymienieni praktykanci chodzili do Liceum Pedagogicznego na ul. Komorowickiej, które wyjątkowo solidnie przygotowywało do zawodu nauczycielskiego. Dlatego żaden z kierowników nie bał się powierzyć nam klasy, potrafiliśmy grać na skrzypcach, uczyć śpiewu, w-fu, prac ręcznych, matematyki, języka polskiego.

Kiedy przyszłam do pracy w tej szkole, kierowniczką była Maria Wolf, po zmarłym kierowniku Leonie Szwaraczewskim. Wraz ze mną przyszło też wielu młodych nauczycieli, jak: p. E. Frosztęga, p. H. Matejko, później p. M. Szymańska, p. Raszka, p. Stachura itd.

Tak więc grono pedagogiczne składało się z tzw. starej kadry, w tym moich poprzednich nauczycieli, jak również nas, nowych, młodych. Oj! Nie było łatwo, to była głęboka woda… Jednak współpraca między nami układała się wyjątkowo dobrze, starsi służyli doświadczeniem, radą, a my wnosiliśmy energię, optymizm i realizowaliśmy swoje marzenia.

Przydzielono mi klasę Ia i uczyłam ją do kl. VIII. Rutyną było przygotować konspekty do lekcji, rano zatwierdzić je musiała kierowniczka, zrobić do lekcji potrzebne, a związane z tematem, pomoce naukowe, nauczyć się grać i śpiewać piosenki (pamiętam „Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd…”), zastanowić się, gdzie pójdziemy w plener malować jakiś pejzaż np. księży las, czy może jakiś obiekt, klasztor lub stodołę przy plebanii?

Wielu z nas, nauczycieli włożyło w edukację i wychowanie młodzieży serce, część mojego życia, energię, realizowaliśmy swoje marzenia, a wiedzę o życiu dawaliśmy swoim wychowankom.

Jak nie zżyć się z dziećmi, młodzieżą, skoro były pod naszą opieką przez 8 lat, a dołączyć wycieczki, zbiórki harcerskie, alerty, przygotowywanie różnych uroczystości, akademii. Szkoła, świetlica, Dom Kultury tętnił życiem. Próby tańców, bo należało się do Zespołu Pieśni i Tańca albo za chwilę będzie próba montażu słowno-muzycznego „Dziś do ciebie przyjść nie mogę…”, więc chłopaki wyciągają z mojego tapczanu ukryte tam karabiny potrzebne do inscenizacji. Jacy są ważni i poważni, kiedy je niosą. Pamiętam to jak dzisiaj… Zaangażowanych w tę pracę pozalekcyjną z młodzieżą było wielu nauczycieli: p. Niemczycka, p. Z. Bąk, p. Ewa Frosztęga, p. St. Stachura czy ja. Nikt nie liczył czasu, ani nie przeliczał go na pieniądze. Rodzice również się bardzo angażowali w tego rodzaju działalność, wyjeżdżali z nami na przeglądy artystyczne. Mamy szyły bluzki, spódnice, haftowały parzenice na góralskich spodniach, Szkoła otrzymywała dyplomy, a okoliczne szkoły spoglądały na nas z zazdrością.

Każdy wychowawca uważał, że jego klasa była wyjątkowa, ja też. W moim zbiorze pamiątek mam album mojej klasy, który ręcznie zrobili uczniowie i wręczyli mi na zakończenie VIII klasy. Krótko go opiszę: dwie jasne, drewniane deski, spięte miedzianym drutem, wewnątrz kartki z fotografiami i rysunkami charakteryzującymi bohaterów, a kończących szkołę podstawową. Wymienię kilkoro, ale, jak przyrzekłam na początku wspomnień, bez nazwisk; zgadujcie (mówię do babć i dziadków), np.

Festus/Piekielnik- posiada duże zdolności do rysunków i antytalent do przedmiotów humanistycznych.

Bigos la zupa- przedstawiony, jako podnoszący ciężary.

Edison- wybitny fizyk i matematyk.

Gucio- zdolny do wszystkiego.

Pudelek nr 1 i Pudelek nr 2- sztuki plastyczne i tak aż do Owczarka, Słonia, Żyrafy, czy Kapustka.

Wiele było atrakcji w naszej szkole: różnorakie obchody, święta, wycieczki klasowe, wycieczki przedmiotowe planowane na początku roku, Dni Sportu, harcerskie alerty… Czyż młodzież mogła się nudzić? W działania pozalekcyjne zaangażowani byli nauczyciele, młodzież i rodzice. To była taka nierozerwalna trójjedność, dzięki której szkoła działała tak sprawnie.

Oprócz różnych przedmiotów uczyłam przede wszystkim języka polskiego w starszych klasach. I w tym miejscu muszę wspomnieć o szkolnej bibliotece, bogato wyposażonej, o którą dbał p. Palowski, a młodzież ówczesna naprawdę czytała lektury. W każdej, choćby w tej pozytywistycznej nowelce, poloniści potrafili wskazać treści uniwersalne, ponadczasowe.

Lekcje języka polskiego były różne, te zwykłe, robocze, może mało atrakcyjne, ale konieczne i te pokazowe dla grona, komisji, zaliczeniowe. Pamiętam takie lekcje na przykład z okazji Roku Kopernikowskiego; uczniowie pracowali w grupach tematycznych, dziewczęta przebrane za mieszczki, wielki gar bigosu i przepisy kulinarne zapisane gotykiem w kulinarnej księdze.

Można wyliczać, mnożyć przykłady zaangażowania uczniów i nauczycieli w pracę w tej szkole, we własną edukację, ale trzeba pamiętać, że w ten sposób tworzy się mocne podstawy pod budowę teraźniejszości i przyszłości.

Przy pomocy takich wspomnień możemy na nowo przeżyć najpiękniejsze chwile naszego życia. Możemy też uświadomić sobie jak wielu uczniów naszych, nauczycieli odeszło do innego świata, snuć refleksje o przemijaniu i śmierci. Nasi kochani nauczyciele, moje koleżanki i koledzy staną przed Wielkim Trybunałem i zamiast odpytywać uczniów przy tablicy, będą sami odpytywani i na pewno mogą liczyć na celującą ocenę, gdyż poświęcili życie szkole, kształtowali uczniowskie charaktery, przekazywali wiedzę i pomagali w wyborze drogi życiowej.

Pamiętajmy, że jest przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, dlatego w roku 1975 podjęłam wyzwanie i przeszłam do Liceum Ogólnokształcącego im. M. Skłodowskiej-Curie w Czechowicach – Dziedzicach na etat polonistki.

A Wy Młodzi, no cóż:

Każde pokolenie ma swój własny czas,

Każde pokolenie chce zmieniać świat…”


Wspomnienia nauczycielki.

Wspomnienia Zofii Bąk- wieloletniej nauczycielki i wicedyrektorki.

1 września 1960 r. był dla niej rokiem wyjątkowym. Przybyła tu właśnie z małej wsi, jako nauczycielka nauczania początkowego. Była dumna z takiego faktu, bo była to szkoła olbrzymia: ponad 600 uczniów i wielu nauczycieli w różnym wieku. Była wtedy najmłodsza w gronie, liczyła 21 lat.

Klas było wiele, wszystkie od I do VII- a,b,c. Mimo takiej dużej liczby uczniów, praca w Hałcnowie była wyjątkowo miła. Niezwykle grzeczne dzieci, wspaniali rodzice, bardzo miłe grono nauczycieli i wyjątkowo zgodne. Do pracy wtedy przyjmował ją kierownik szkoły p. Leon Szwaraczewski, który na dzień dobry poinformował cyt. „Proszę się nie zrażać trudnymi warunkami lokalowymi obu budynków, ale już w przyszłym roku rozpoczynamy budowę nowej, tam w polach…” Jednak brak funduszy odłożył na długie lata budowę. Warunki były fatalne, ale uczniowie i rodzice wspaniali, chętni do współpracy ze szkołą.

WC mieściło się na podwórku, tam też był skład węgla do ogrzewania klas piecami kaflowymi. Jak był ostry mróz, to i uczniowie dokładali łopatką węgiel do pieca. Szatnie były na korytarzu i tam na haczykach zawieszało się płaszcze.

W-f odbywał się na korytarzu lub w sali lekcyjnej, a w pogodne dni na podwórku szkolnym- żwirowym, kamienistym. Najweselej było w zimie na przerwach, gdyż ślizgawki miały po 20 metrów długości. Były gładziutkie, że bardziej śliskie być już nie mogły. Szkoda tylko, że przerw nie dało się wydłużyć. Najzabawniejsze lekcje w-fu w zimie były pod domem pana Sordyla- gospodarza. Byle szybko tam dojść i jak najwięcej zjazdów uskutecznić. Nikt nie był zmęczony, ale nabrał kolorów, nie chorował na kaszel, czy katar. Przerwa dla dyżurnych była nie lada zajęciem. Trzeba było z nowszej szkoły do starszej dostarczyć wszelkie pomoce naukowe: mapy, plansze i inne, a potem je z powrotem odnieść. Wszystko to odbywało się przy normalnym ruchu ulicznym. Wprawdzie ten ruch na jezdni nie był tak intensywny jak dziś, ale zawsze niebezpieczny. Uczniowie o tym wiedzieli i w każdy dzień przechodzili również ten odcinek drogi na obiad do świetlicy szkolnej o 11.30 i 12.30.

W szkole oprócz zajęć lekcyjnych działały różne organizacje i zajęcia pozalekcyjne. Bardzo zdolna młodzież należała do zespołu tanecznego, gdzie występowała w spektaklu „Od Tatr do Bałtyku”. Rodzice razem z nauczycielami tworzyli ludowe stroje, haftowali, obszywali, bo musiały być najpiękniejsze. Wiadomym było, że jak wyjdzie na scenę Hałcnów, to będzie widowisko na poziomie. Zespół taneczny zorganizowała i prowadziła pani Zofia Niemczycka-Pawela, a pomagali jej nauczyciele. Próby odbywały się w świetlicy szkoły, a gdy występ osiągnął już swój poziom, zespół wyjeżdżał na przeglądy miejskie, powiatowe i wojewódzkie- przez lata… i najczęściej zdobywał pierwsze miejsce, przez co Szkoła Podstawowa w Hałcnowie była szeroko znaną społecznością. Przez długi czas działał również z sukcesami zespół muzyczny oraz chór szkolny.

Bardzo przykrym zdarzeniem była nagła śmierć kierownika szkoły pana Leona Szwaraczewskiego na zebraniu Gromadzkiej Rady Narodowej, gdzie kierownik zsunął się z krzesła i nie dało się go uratować. W wielkim smutku pogrążyła się szkoła. Uczniowie i nauczyciele w kondukcie żałobnym odprowadzili go na cmentarz do Kóz.

Wiele lat minęło, aż rozpoczęto budowę szkoły. Najpierw wysypano kamień całą długością ulicy Sucharskiego. Biało było po kolana i trzeba było wiele interwencji mieszkańców, by utwardzić dojście.

I tak małymi kroczkami, ale zdecydowanymi pod nadzorem dyrekcji szkoły oraz prężnie działającego komitetu rodzicielskiego posuwano budowę aż do szczęśliwego końca.


Wspomnienia pani Marii Majdak

Moją pracę w Hałcnowie rozpoczęłam w 1957 roku. Były to czasy, kiedy nauczyciele dostawali przydział pracy. Najpierw pracowałam w Łodzi, lecz los tak pokierował, że otrzymałam skierowanie do pracy w Bielsku, a konkretnie w Hałcnowie. Na początku uczyłam wychowania fizycznego, ale tylko przez rok. Potem uczyłam w klasach młodszych. Wówczas kierownikiem był pan Leon Szwaraczewski. W szkole przepracowałam wiele lat i z biegiem czasu zmieniała się kadra pedagogiczna. Pamiętam oczywiście państwa Szwaraczewskich, żona kierownika, uczyła prac, następnie Krystynę Gandor, po mężu Diabełek, która uczyła w klasach początkowych, Zofię Pawelę- wuefistkę, Stanisława Stawowczyka, który był historykiem, panią Zacny od muzyki i chóru, Monikę Dziąćko, Danutę Stąsiek, oczywiście panią Wolf, która przejęła kierownictwo po panu Szwaraczewskim. Następnie Zofię Bąk, Mirochę, Annę Tolarczyk, Aleksandrę Jamróz, Mariolę Szymańską, pana Zimę, który uczył rosyjskiego i muzyki, Wandę Włoch, Halinę Krzyżagórską z geografii i wielu innych, nie sposób wymienić wszystkich. Uczyłam lub pamiętam ze szkoły takie osoby, które później same zostały nauczycielami, np. Krysia Wolf, Marysia Raszka, Ania Gębała, czy Ania Grygierczyk.

Funkcjonowały wtedy dwa budynki szkoły- stary (obecne przedszkole) i nowy (stara część dzisiejszej szkoły). Nauczyciele przechodzili więc z jednej szkoły do drugiej, czasami na takie przemieszczenie się mieliśmy pięć minut. Najgorzej było zimą. W starej szkole, w której obecnie jest przedszkole, klasy były ciasne, a ławki ustawione od ściany do ściany. Podłoga oliwiona, czarna. Ubikacje były na zewnątrz zarówno w jednej jak i drugiej szkole. W starym budynku na dole znajdowała się po prawej stronie jedna klasa, następnie po schodkach w dół szło się do sali zajęć praktyczno-technicznych, które prowadziła najpierw pani Szwaraczewska, a następnie pan Furczyk. Były to zajęcia, prowadzone osobno dla dziewczyn i chłopców. Chłopcy uczyli się w starym budynku, a dziewczynki w nowym. Dziewczynki same musiały przejść z jednej szkoły do drugiej. Czasami posyłało się uczniów po dziennik ze starej szkoły do nowej. Dziś jest to nie do pomyślenia. Klasy były bardzo liczne, prawie 40-osobowe. W budynku, który dziś stanowi starą część szkoły, przejście było na przestrzał, wchodziło się z ulicy i drugie wyjście prowadziło na maleńkie boisko. Na tym boisku znajdowała się jeszcze studnia, a trochę dalej był ogród owocowy. Dookoła szkoły nie było żadnego budynku, tylko szczere pola. Warunki były kiepskie, ale wszyscy byli wtedy przyzwyczajeni do takiego życia. W szkole mieliśmy gabinet lekarski, co dzisiaj chyba nie ma miejsca oraz kuchnię, gdzie nie tylko przygotowywane były posiłki dla dzieci, lecz odbywały się tam prace praktyczne- dzieci uczyły się gotować. Na dole był pokój nauczycielski i kancelaria, a funkcję sekretarki pełniła wówczas pani Krausowa. W każdej klasie był piec kaflowy, który nie zawsze potrafił ogrzać salę. Zimy były bardzo mroźne i kiedy rano przychodziło się do szkoły piece często były dopiero letnie. Uczniowie dokładali do tych pieców, chłopcy chodzili na zewnątrz po węgiel. Nie było też pomieszczeń przeznaczonych na szatnie. Na korytarzu stał wieszak, na który wieszało się wierzchnie okrycia. Przerwy spędzało się na zewnątrz, zimą również. Lekcje w-fu odbywały się na podwórku, często w dużym śniegu, dzieci wracały więc do zimnych klas przemoczone, nie było takich ubrań jak dziś, ale nikt się tym nie przejmował. Czasami zostawało się w klasach, ale tam wykonywanie ćwiczeń ograniczało się do wymachów rękami, skłonów itp. Na początku mieszkałam w domu nauczyciela, który zamieszkiwali również w tym czasie inni nauczyciele: pani Bąk, pani Skorek, pani Zacna, pani Wolf, czy pani Sajewicz. W mojej pamięci szczególnie zapadła działalność zespołu pieśni i tańca, który prowadzony był przez Zofię Pawelę. Dzieci należące do tego zespołu miały piękne stroje, które ja również miałam okazję szyć i wyszywać parzenice. Zespół zdobywał wiele nagród, jeździł na występy w różne miejsca.

Mimo wielu trudności funkcjonowało to bardzo dobrze i była to wielka duma dla szkoły i całej społeczności Hałcnowa.

Czasy były ciężkie, biedne, ale ludzie dla siebie bardzo życzliwi, pomocni i oddani. Zawsze można było liczyć na koleżankę, kolegę, czy sąsiada. W szkole pracowałam aż do lat 90-tych. Teraz tylko obserwuję, jak szkoła się zmienia, pięknieje. Codziennie widzę przez okno dzieci idące do szkoły i wracające do domów. Patrzę i wspominam, a są to dobre wspomnienia.


Wspomnienia szkolne Władysława Miroty

Naukę rozpocząłem w Szkole Powszechnej imienia księdza Kazimierza Żulińskiego, mając siedem lat, a więc we wrześniu 1948 roku. W tym czasie żołnierze radzieccy jeździli jeszcze na koniach po Hałcnowie. Pierwszego dnia w szkole nie było żadnych wielkich uroczystości, dzień wcześniej odbyła się msza święta, którą celebrował ksiądz Paweł Skiba, człowiek wielce zacny, któremu wiele zawdzięczam w późniejszych latach. Do pierwszej klasy chodziłem tam, gdzie dzisiaj istnieje przedszkole. Do szkoły miałem tylko dwa zeszyty- jeden był w szerokie linie, a drugi w kratkę oraz elementarz Falskiego, który od kogoś dostałem dość zniszczony. Moją pierwszą wychowawczynią była pani Maria Czerniak, którą bardzo miło ją wspominam.

Okna naszej sali wychodziły na podwórko. Ławki były długie, siedzieliśmy po osiem, dziesięć osób. W ławkach było po kilka kałamarzy. Podłoga w klasie zrobiona była z szerokich desek napuszczonych ropą, myśmy wtedy mówili naftą, co powodowało, że w klasie roznosił swoisty zapach. Na wyposażeniu klasy oprócz ławek i tablicy była katedra na podwyższeniu z krzesłem dla nauczyciela oraz miednica na metalowym stelażu z wodą, a obok ręcznik i metalowe wiaderko z wodą. Dyżurni musieli chodzić po wodę na podwórko do studni. Podwórko szkolne było wysypane żużlem. Tam znajdowała się pompa abisyńska – pewnie nikt już dzisiaj nie wie, co to jest – a była to stojąca żeliwna pompa z ramieniem (wajchą), którą pchało się kilka razy i nagle woda zaczynała z niej wypływać. Dyżurni musieli przynieść wodę do klasy i dokładnie powycierać tablicę i dbać, aby zawsze była czysta ścierka i kreda.

Do szkoły chodziło się piechotą. Od wiosny aż do późnego września, a czasem jeszcze w październiku chodziliśmy na bosaka (bez butów) i w krótkich portkach do wysokości kolan. Kiedy szło się z powrotem do domu, nogi były czarne z nafty, żużlu i kurzu. W domu trzeba było się umyć, więc znowu ta sama ceremonia- wodę ze studni nalewało się do miednicy, na którą w moim domu gwarą hałcnowską mówiło się „lawor” i nogi doprowadzało się do porządku.

Nie były to łatwe czasy, byliśmy wychudzeni, jak to dzieci z wojny, ale jednocześnie czasy bardzo wesołe. W naszej szkole, na piętrze była kuchnia, w której gotowała pani Niklowa. Codziennie więc dostawaliśmy kubek ciepłego mleka lub herbaty, względnie kawy zbożowej, rzadko kakao (gotowane z łuski kakaowej). Nieraz dostaliśmy bułkę z marmoladą, rzadziej z pasztetem. Byliśmy dziećmi wojny, którym brakowało witamin, więc ówczesny kierownik szkoły Kazimierz Lankosz, postarał się o tran. Przywożono do szkoły dużą beczkę tego specyfiku i każdy z nas musiał wypić dużą łyżkę tranu, oj jakie to było wstrętne. Nikt nie przejmował się higieną, w kolejności, z tej samej dużej łyżki, każdy dostawał obowiązkowo porcję tranu. Narzekaliśmy na owy tran, ale pani pilnowała, aby każdy wypił, a nadto tłumaczyła, że to dla naszego zdrowia. Nie było siły, nie dało się uciec, choć nie raz próbowaliśmy. Panował ogromny szacunek dla osób starszych na drodze, w sklepie, nie do pomyślenia było, aby nie ukłonić się osobie starszej. A dzisiaj? Starsi kłaniają się młodszym, co woła o pomstę do nieba!

Zimy były kiedyś piękne, mroźne i śnieżne. Zdarzyło się nawet, że z powodu dużych mrozów zamykano szkołę ku naszej radości. Kiedy chwycił mróz, pompowaliśmy wodę i rozlewaliśmy na ścieżce po przekątnej podwórka, tak powstawała ślizgawka. Kto miał lepsze buty, na skórze, ten najlepiej się ślizgał, urządzaliśmy zawody kto dalej pojedzie. Ubikacje znajdowały się na zewnątrz i największa uciecha była wtedy, gdy jakaś pani idąc do toalety, poślizgnęła się na naszej ślizgawce. Na parterze od podwórza mieszkała nauczycielka Matusiakowa, która uczyła nas języka polskiego i geografii, a w swoim mieszkaniu prowadziła bibliotekę. Druga domowa biblioteka znajdowała się na Kolonii u pani Nyczowej, która przynosiła w siatkach do szkoły książki i je wypożyczała na korytarzu. Rachunków uczyła mnie pani Skorek, w początkowych klasach nie było przedmiotu o nazwie matematyka. Dopiero gdy w piątej klasie przeszliśmy do nowej szkoły (starej części obecnej szkoły), pojawił się przedmiot matematyka i pani Wolf. Pani Marii Wolf zawdzięczam, że rozbudziła u mnie zainteresowanie matematyką i geometrią, jestem Jej ogromnie wdzięczny. Dzięki pani Wolf nigdy nie miałem problemów z tym przedmiotem, czy też geometrią wykreślną na studiach. Późniejszą moją wychowawczynią była pani Genowefa Zabłocka, która uczyła wielu przedmiotów, np. języka polskiego, historii, geografii. Przekazywała nam także wiele przydatnych i praktycznych wiadomości, np. uczyła jak przyszywać guziki. W czwartej klasie geografii uczył nas pan Lankosz, ale również mieliśmy z nim prace ręczne, dziś to nazywa się technika. To on uczył nas pierwszych prac ogrodniczych. Każda klasa miała swoje grządki i musiała je utrzymywać, a pan kierownik Lankosz uczył nas m.in. szczepienia drzewek, przycinania drzew na wiosnę. Używaliśmy do tego cienkiej piły tzw. szczurzego ogona. Do dzisiaj to pamiętam i praktykuję w swoim ogrodzie. Oczywiście nasze obserwacje zapisywaliśmy w zeszycie. Uczyliśmy się również na tych zajęciach, w jaki sposób prawidłowo ryć ziemię, jak posługiwać się sztychówką, aby nie wyciągać martwicy, tylko żyzną glebę. Wszyscy wychowankowie później radzili sobie czy to w ogrodzie, czy na roli, w gospodarstwie. Była to wiedza praktyczna i bardzo przydatna. Kierownik szkoły Kazimierz Lankosz w niedzielę, po południu jeździł rowerem do domów uczniów, którzy wagarowali i sprawiali kłopoty – prowadził rozmowy z rodzicami i starszym rodzeństwem. Gimnastykę mieliśmy z panem Dzikiem i były to zajęcia obowiązkowe, nie było żadnych zwolnień. W ramach tych lekcji odbywały się biegi przełajowe, zimą poszukiwanie śladów, harcerskie podchody, ćwiczenia na podwórzu, a kiedy padał deszcz, lekcje gimnastyki odbywały się w klasie. Nawet w czasie zwykłych zajęć nauczyciele często przerywali lekcję, kazali otworzyć okna, drzwi i przeprowadzali ćwiczenia śródlekcyjne. Językiem obcym był wtedy rosyjski, od piątej klasy, nauczany przez panią Niezabitowską. Lekcja zwykle wyglądała tak, że pani pokazywała trzy obrazki i trzeba było opowiedzieć, co się na nich znajduje. Dlatego nazywaliśmy tę panią „Kartinką”. Myśmy się nigdy tego języka nie uczyli na poważnie, ale w późniejszych latach były sytuacje, że rosyjski mi się przydał i byłem w stanie się nim porozumiewać.

Religii uczyliśmy się w szkole, a naszym katechetą był ksiądz Skiba. On również przygotowywał nas do pierwszej komunii świętej. Nie było to tak uroczyste wydarzenie jakim jest dzisiaj. Wszyscy w tym dniu musieliśmy się zebrać o 7.30 rano przed starą szkołą. Moja klasa „a” z wychowawczynią Zabłocką i klasa „b” z wychowawcą Dzikiem ustawiona na podwórku starej szkoły, na czele z kierownikiem Lankoszem maszerowała do kościoła. W kościele byli nauczyciele, a także wierni jak na każdej mszy św. W trakcie Mszy św. podchodziło się do balasek i przyjmowało się komunię świętą. Po mszy udaliśmy się z powrotem do szkoły i tam na podwórku ustawione były stoły z desek. Wszystkie dzieci dostały kubek kakao i kawałek świeżego placka z kruszonką. Następnie, kto chciał, mógł zrobić sobie zdjęcie pamiątkowe. To było wszystko, szło się do domu, gdzie nie było żadnej uroczystości. Po południu szło się do kościoła na nabożeństwo i wtedy dostawaliśmy obrazek. W domu nie było uroczystości, jedynie pamiętam, że jak wróciłem z kościoła, to mama upiekła pączki.

Dzieci w tych czasach były bardzo ze sobą zżyte i wszyscy byliśmy równi, bez względu na to, kto z jakiej rodziny pochodził, czy co posiadał. Były dzieci osierocone, które mieszkały w ochronce u sióstr Serafitek, bo rodzice zginęli lub przepadli w zawierusze wojennej. Nikt się nie wyróżniał, nie uważał za lepszego, wszyscy chodziliśmy podobnie ubrani, a kto miał więcej, potrafił się podzielić. Moi rodzice prowadzili piekarnię, więc ja zawsze miałem słodkie rogale dla siebie i dla mojego kolegi Jasia od sióstr zakonnych. Moje pierwsze ubranie (garnitur) dostałem na wiosnę 1959 roku, kiedy szedłem zdawać maturę w szkole średniej. Nie do pojęcia było, żeby mały chłopiec miał ubranie- garnitur, czy coś podobnego.

Po lekcjach spędzaliśmy czas na żużlowym placu, tam graliśmy w dwa ognie. Najpierw jednak musieliśmy zapytać o zgodę pań nauczycielek, które mieszkały w budynku obok- pani Matusiakowej i pani Sajewiczowej. Dostaliśmy skórzaną piłkę szytą z łat i byliśmy bardzo uradowani. Dopiero, jako starsi chłopcy mogliśmy korzystać z boiska Ludowego Zespołu Sportowego (LZS Hałcnów). Boisko było na terenie dzisiejszego parkingu. Czas wolny spędzaliśmy również w lesie, huśtaliśmy się na huśtawkach, kolega grał na harmonii, a my nieraz tańczyliśmy. Wielkim luksusem było, kiedy mogliśmy kupić sobie lemoniadę lub oranżadę, zwane przez nas krachlą, sprzedawano je w szklanych butelkach zamykanych na druciany zamek. Takie to były czasy.

Jeśli chodzi o kierownictwo szkoły, moim pierwszym i niezapomnianym kierownikiem był Kazimierz Lankosz, który już 18 lutego 1945 roku piechotą wrócił po wojnie z Krakowa, aby rozbitą szkołę ponaprawiać i rozpocząć jak najszybciej naukę. Proszę sobie wyobrazić, jaki to był człowiek! Zmarł 18 marca 1954 roku. Szkoła i Hałcnów straciły wyjątkową, zasłużoną postać. Dzięki staraniom księdza Skiby i pani Wolf cała młodzież, nauczyciele piechotą udaliśmy się po naszego zmarłego kierownika, do szpitala w Białej. Ze szpitala niekończący kondukt żałobny szedł w pod Kępę Hałcnowską do kościoła. Nie pamiętam, aby ktokolwiek z nas narzekał na drogę. Wszyscy byli zadumani i poważni. Na placu kościelnym pożegnaliśmy naszego kierownika, a jego zwłoki przewieziono do Krakowa. Pani Wolf była tą osobą, która potrafiła pokierować dalej szkołą, była zawsze mózgiem szkoły. Następnie funkcję kierownika przejął Leon Szwaraczewski, lecz nie uczył mnie żadnego przedmiotu, a p. Wolf była zastępcą kierownika.

Moja droga życiowa wiodła przez wiele miejsc nie tylko w Polsce, ale za granicą, jednak zawsze byłem związany z Hałcnowem i wracałem tutaj. Zostałem na życzenie pani Marii Wolf, od października 1973 r. przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Szkoły. Jestem szczęśliwy, że udało się zbudować duży przestronny i ładny budynek szkolny. Obecnie pracuję nad książką o tytule „Dzieje oświaty w Hałcnowie”, w której omawiam historię szkolnictwa u nas, na tle dziejów miejscowości, regionu, począwszy od szkółki parafialnej do Szkoły Podstawowej nr 28 im. gen. Józefa Kustronia w Bielsku-Białej.

Władysław Mirota syn Zenona i Zofii z d. Jędrzejko

ur. 23 VI 1941r. dom nr 281 w rejonie Niklówki.

Uczeń Szkoły Powszechnej w Hałcnowie w l. 1948-1955.

Mieszkał w Hałcnowie do sierpnia 1986r.

Tekst autoryzowany w dniu 20 V 2017 r.


Wspomnienia szkolne Pana Franciszka Nikla

Edukację w 7- letniej szkole podstawowej rozpocząłem w 1950 roku. Pierwsza szkoła, którą pamiętam to tzw. nowa szkoła powołana przez Towarzystwo Szkoły Ludowej, do której potem dobudowano nowy budynek. To jest ta szkoła, do której sam uczęszczałem. Najpierw jednak chodziłem do szkoły, w której obecnie mieści się przedszkole, a która w świadomości naszej funkcjonowała jako dawna szkoła niemiecka. Mimo, że nauczyciel tej szkoły, Józef Brak, został stracony w obozie. Tam zajęcia miały klasy początkowe. Szkoła ta była niewielka, miała bodajże 4 sale i dużą świetlicę. Grono pedagogiczne liczyło kilkunastu nauczycieli.

Moją pierwszą wychowawczynią była pani Helena Rusek, bardzo mile ją wspominam, to była bardzo ciepła osoba, bardzo dbała o dzieci. W kolejnych klasach pani Matusiak, może bardziej oficjalna, ale rzetelna osoba. Pani Matusiak była naszą wychowawczynią i uczyła nas takich podstawowych umiejętności, jak pisanie, rachunki. Pamiętam z tego okresu panią Skorek, która uczyła nas matematyki i wymagała tabliczki mnożenia, kto nie opanował, dostawał piórnikiem po łapach, było to skuteczne i wielu opornych tej tabliczki się nauczyło. Był to inny czas i nawet nikomu się nie śniło, że mógłby się poskarżyć rodzicom, takie wtedy panowały kanony. Nie były to dotkliwe ani drastyczne kary. W klasach początkowych zdobywaliśmy też podstawy wiedzy przyrodniczej, które znajdowały się w elementarzu., była to niezła podstawa dalszej nauki.

W późniejszych latach matematyki i chemii uczyła mnie pani Wolf- ówczesna pani dyrektor, a fizyki pan Jasek. Brałem również udział w kółku matematycznym prowadzonym przez panią dyrektor, która doprowadziła nas do rejonowych zawodów matematycznych, które odbywały się w Komorowicach i tam zajęliśmy drużynowo pierwsze miejsce. Startował w tej olimpiadzie Jerzy Matyjaszek, Antoni Giertler, Rudolf Owczarz i ja. To przygotowanie zaprocentowało w naszej późniejszej edukacji. Szkoła była wtedy na obszarze kierunków ścisłych bardzo mocna. Rudek Owczarz skończył Politechnikę Łódzką, uzyskał doktorat na tej uczelni, Jerzy Matyjaszek był nauczycielem fizyki, Antoni Giertler był bardzo zdolny człowiekiem, ukończył technikum włókiennicze, ja też skończyłem studia na wydziale mechanicznym politechniki. Bardzo dobrze wspominam również nauczycieli kierunków humanistycznych, szczególnie panią Sajewicz, która była doskonałą polonistką. W mojej pamięci również pozostała pani Grzywacz prowadząca zajęcia przyrodnicze. Od piątej klasy mieliśmy język rosyjski. Nauczanie było na bardzo dobrym poziomie, choć klasy były wówczas bardzo liczne i sięgały nawet 40 osób. W moim roczniku były dwie równoległe klasy. Mieliśmy kolegów, którzy wychowywali się w ochronce prowadzonej przez siostry zakonne, były to dzieci osierocone, które straciły rodziców w czasie wojny. Były to trudne czasy powojenne. Wyszliśmy z biedy, pamiętam jak zbieraliśmy kłosy na ścierniskach, wykruszaliśmy te ziarna pszenicy, na szczęście w domu był taki stary młynek kamienny i się to rozcierało na krupiczkę, część ziaren się paliło na piecu na kawę. To był taki okres, że człowiek cieszył się, kiedy było choć trochę lepiej. Na każdym kroku napotykaliśmy na ślady wojny. Ja mieszkałem w takim domu, gdzie była szopa, przybudówka, gdzie stały całe skrzynie z amunicją przeciwlotniczą, pociski średniego kalibru, pociski armatnie, wszędzie były łuski, pociski od moździerzy w lasach. Spacerowaliśmy z kolegami, niektórzy wymyślali różne dziwne zabawy, rzucali tymi pociskami, ja się zawsze kryłem za najgrubsze drzewo, a można było ucierpieć od samego ciśnienia. Zgłaszaliśmy wtedy w szkole, gdzie są takie niewybuchy, przyjeżdżali saperzy i czyścili te lasy. Szczęście, że wyszliśmy cało z tego okresu. Były to czasy na swój sposób ciekawe, lecz oby się nie powtórzyły.

My dużo czasu spędzaliśmy razem w grupie rówieśniczej. Wszystkie dzieci przychodziły do szkoły i wracały do domu na piechotę. Szliśmy całą gromadą i czasem wpadaliśmy na jakieś pomysły. W pamięci utkwił mi incydent z indykiem. Chłopcy założyli się o to, czy jeden z nich trafi kamieniem w pasącego się na łące indyka. Ptaki te były kilkadziesiąt metrów od nas i wydawało nam się niemożliwe, że kolega mógłby w niego trafić. Pech chciał, że trafił i to prosto w głowę. Przerażeni wzięliśmy tego biednego ptaka i próbowaliśmy ocucić w rzece, niestety bez rezultatu. Poszliśmy więc do szkoły, a tam komunikat, że wszyscy chłopcy zmierzający drogą od strony Janowic mają zgłosić się na korytarzu. Okazało się, że do szkoły przyszła właścicielka indyka, pani Donocikowa. Przeprowadzono dochodzenie, lecz my solidarnie nie chcieliśmy zdradzić, kto jest głównym sprawcą. Zobowiązaliśmy się wszyscy, że odkupimy indyka. Dyrektor Leon Szwaraczewski nie robił dalszego dochodzenia. Różne figle przychodziły nam do głowy. Zimą ślizgaliśmy się na lodzie, a latem kąpaliśmy się w stawach też czasem nas ktoś pogonił, bo były to stawy hodowlane. Atrakcji nam nie brakowało.

Szkoła zapewniała nam również zajęcia pozalekcyjne. Pamiętam doskonale funkcjonujący zespół pieśni i tańca, który reprezentował szkołę na różnych przeglądach, które zwykle wygrywał. Członkowie zespołu mieli piękne stroje, buty, po które aż na Podhale jeździł pan Wolf. Było wielu działaczy z komitetu rodzicielskiego, którzy się w to mocno włączali. Świetnie funkcjonował chór szkolny prowadzony przez panią Zacny. Mieliśmy szereg kół zainteresowań, więc nie można powiedzieć, że młodzież kończąc lekcje wymykała ze szkoły i była pozostawiona sobie. Zajęcia sportowe prowadzone były przez pana Adamczyka, pana Dzika, było wielu wuefistów, których nazwisk już w tej chwili nie pamiętam. Jeśli chodzi o miejsce do ćwiczeń, to przypominam sobie taki moment, kiedy ćwiczyliśmy w kółku rolniczym. Mieliśmy liche boisko za szkołą, w tym miejscu, gdzie mieści się obecnie nowa część szkoły. Graliśmy tam w szczypiorniaka, a pogodne dni odbywały się tam apele. Przechodzenie na różne zajęcia do innych budynków nie było niczym dziwnym. Na religię również przechodziliśmy do kościoła, do salki. Na jej budowę sami czyściliśmy cegły, było to w okolicach mojej czwartej lub piątej klasy. Kiedy szliśmy na religię, ksiądz Skiba często prosił nas, aby wyczyścić cegły z zaprawy, więc młotki szły w ruch. Do szkoły zresztą chodziliśmy z narzędziami, uprawialiśmy różne warzywa w ogrodzie przyszkolnym. Wokół szkoły była wtedy pusta przestrzeń, więc niektóre klasy miały swoje uprawy nawet tam, gdzie dziś stoją domy.

Pamiętam również dyrektora Kazimierza Lankosza, który prowadził chór kościelny. Po jego śmierci stanowisko dyrektora objął Leon Szwaraczewski. Starsza córka państwa Szwaraczewskich studiowała w Krakowie i to ona oprowadzała nas po tym mieście podczas wycieczki szkolnej. Kiedy państwo Szwaraczewscy przenieśli się do Kóz, dyrektorką szkoły została pani Wolf, o której już wcześniej wspominałem.

Ze szkołą w Hałcnowie związany byłem również w późniejszych latach. Działałem w komitecie rodzicielskim, gdy uczęszczały do niej moje dzieci, brałem udział w uroczystościach, jako rodzic, a później jako radny.


Wywiad z księdzem Krzysztofem Miklusiakiem.

W jakich latach uczęszczał Ksiądz do naszej szkoły?

Do Szkoły Podstawowej nr 28 uczęszczałem od września 1982 do czerwca 1990

Kto wówczas pełnił funkcję dyrektora?

Dyrektorem był mgr Marian Lubicki

Jacy nauczyciele zapadli Księdzu w pamięci?

Z perspektywy czasu najserdeczniej wspominam naszą ostatnią wychowawczynię, p. Agatę Pudełko. Wówczas byliśmy w 7. klasie i mieliśmy opinię najgorszej klasy pod względem zachowania. Ona jako „świeżo upieczona nauczycielka” i pełna optymizmu musiała się zmierzyć z trudną rzeczywistością. I bardzo dobrze sobie poradziła z tym wyzwaniem.

Czy współczesna szkoła bardzo różni się od tej, którą pamięta Ksiądz ze swojego dzieciństwa?

Pod względem wyposażenia w środki i pomoce naukowe jest dużo lepiej i ciekawiej. Natomiast wyzwania, jakie stoją przed nauczycielami też się uwspółcześniły (mam też przyjemność stać w klasie jako nauczyciel – co prawda na Węgrzech, ale wyzwania są bardzo podobne).

Czy były zajęcia pozalekcyjne, kółka zainteresowań?

Tak. Pamiętam SKS i kółko taneczne ze swoich czasów.

Jak wyglądały warunki lokalowe?

Wówczas, jak rozpoczynaliśmy naukę w szkole podstawowej, został oddany do użytku nowy budynek szkoły. Warunki jak na tamte czasy były bardzo dobre.

Czy było boisko, z którego mogli korzystać uczniowie?

Tak, obok szkoły było ogólnodostępne boisko, na którym zimą było lodowisko – jeśli pogoda sprzyjała.

Czy szkoła podstawowa miała jakiś wpływ na Księdza dalszą edukację?

Oczywiście. Po szkole podstawowej uczyłem się w szkole zawodowej, a potem w technikum i studia. Bardzo się cieszę z tego, że przeszedłem przez te poszczególne etapy edukacji, bo każdy z nich wniósł coś nowego w moje życie i miał wpływ na to, jakim człowiekiem jestem dzisiaj.

Czy pamięta Ksiądz jakąś zabawną sytuację, „wybryk szkolny”?

Były różne ciekawe sytuacje. W 7. klasie na prima-aprilis udało się „wkręcić” jedną z nauczycielek, która akurat miała dyżur na przerwie. Wybiegliśmy z kolegą z toalety z przerażeniem i prosiliśmy ją o pomoc, bo rzekomo chłopaki tam się pobili. Zaczęliśmy jej opowiadać, że jest pełno krwi, a jeden z nich to chyba stracił przytomność. Kobieta mało zawału nie dostała, taka była przerażona. Oczywiście pobiegła sprawdzić do toalety, co tam się stało. A my chwilę odczekaliśmy i w śmiech. Dowcip się udał, choć pani nie było wesoło.

Czy niektóre przyjaźnie szkolne przetrwały do dziś?

Więzi szkolnych znajomości z czasem powoli zaczęły topnieć. Jednak po wielu latach udało się odnowić znajomości z niektórymi dawnymi kolegami i koleżankami z czasów szkolnych, z czego bardzo się cieszę.


Wywiad z absolwentem szkoły

Martyna: Dziadku, jesteś absolwentem naszej szkoły, opowiedz coś na jej temat.

Dziadek: Ówczesna Szkoła Podstawowa nr 28 w moich czasach nie nazywała się tak. Była to szkoła polska, nazywana starą szkołą niemiecką.

Martyna: W jakich latach chodziłeś do szkoły?

Dziadek: Chodziłem od 1956 do 1964. Szkoła trwała wtedy 7 lat, ale ja powtarzałem 5 klasę.

Martyna: Jacy dyrektorzy byli wówczas w szkole?

Dziadek: Najpierw dyrektorem był pan Leon Szwaraczewski, a później pani Maria Wolf, nazywana przez uczniów Wolfową.

Martyna: Jakich nauczycieli pamiętasz?

Dziadek: Pamiętam, że w klasach I i II pani Skorkowa uczyła języka polskiego oraz matematyki. Była również naszą wychowawczynią, a od klasy III do V był nim nauczyciel matematyki i historii – pan Stawowczyk. Pani Sajewicz była polonistką, a pan Zima prowadził śpiew (muzykę). Pani Grzywacz uczyła biologii.

Martyna: A nauczyciele z V klasy, gdy nie przeszedłeś?

Dziadek: Tym razem inny skład. Pan Delkowski był wychowawcą, a zarazem wuefistą i wykładał propedeutykę. Pani Diabełek prowadziła matematykę. Nasza ówczesna dyrektorka, pani Wolf uczyła języka polskiego, a pani Ruśnica rosyjskiego.

Martyna: Jak wówczas wyglądały mundurki?

Dziadek: Mundurek musiał mieć każdy, a były one granatowe. Miały zapięcie na zatrzaski, a na ramieniu widniała tarcza z niebieskiej gumy. Na niej napisane było białymi literami „Szkoła Podstawowa w Hałcnowie”.

Martyna: Jak wyglądały lekcje?

Dziadek: W pierwszych klasach mieliśmy po trzy lekcje, lecz w klasach starszych było ich już więcej. Często uczniowie dokazywali na zajęciach, za co byli karani przez nauczycieli. Na polu stały budki – „ubikacje”; była tam miska z wodą do mycia rąk i mydełko na półeczce. W-f odbywał się na boisku, gdyż nie było do tego specjalnej sali. Zimą sytuacja wyglądała tak, że uczniowie musieli ubierać się w bardzo ciepłe ubrania, a woźny rozpalał w piecach kaflowych.

Martyna: Wspomniałeś, że nauczyciele karali uczniów. Jakie były kary?

Dziadek: Najlżejszą karą było stanie w kącie; jeżeli uczeń pokazywał znaki albo śmieszne miny, musiał się odwrócić. Gorszą karą było uderzenie w rękę drewnianym piórnikiem lub linijką (sam przekonałem się na własnej skórze). Jedną z najgorszych kar było uderzenie kijem w pupę albo klęczenie z podniesionymi rękami do końca lekcji; nie można było ani spuścić rąk, ani się wyprostować.

Martyna: Czego używaliście na lekcjach?

Dziadek: Używaliśmy elementarzy Falskiego i różnorodnych książek, a pisaliśmy piórem ze stalówką, które trzeba było maczać w kałamarzu. Należało przy tym uważać, żeby nie zrobić kleksa.

Martyna: Jak spędzaliście czas na przerwach?

Dziadek: Chłopcy wychodzili na boisko, aby grać w piłkę nożną albo ręczną – w zależności jaka piłka leżała na podwórku. Dziewczyny grały w klasy lub gumę i skakały na skakankach. Niektórzy bawili się w tzw. ganianki. Prawdę mówiąc każdy się z każdym bawił.

Martyna: Masz może jeszcze jakieś dodatkowe informacje?

Dziadek: Tak, przed szkołą stała baba sprzedająca andrutowe obłąki z miśków po 20 groszy. Była to wielka atrakcja dla uczniów. Na nowej dobudówce szkoły znajdowała się bieżnia, na której często biegaliśmy na wychowaniu fizycznym. Zamiast szatni, były wieszaki na korytarzu.

Martyna: Pamiętasz może jakieś zabawne sytuacje?

Dziadek: Nasz kolega, bardzo wesoły przypadek, raz tak podpadł woźnemu, że ten chciał go za karę zamknąć w piwnicy, ale umknął mu zawadiaka!

Śmieszną draką było również to, jak niejaki Buja, który siedział w „oślej ławce” na lekcji śpiewu, strasznie przeszkadzał. Zdenerwowany pan Zima postraszył go, że pójdzie do dyrektora. Tak naprawdę stał tylko za drzwiami i dreptał udając, że idzie. Gdy wrócił do sali to Buja zapytał go: „Fajnie się stało pod drzwiami?”. Mieliśmy ubaw do końca lekcji. Miałem kiedyś taki dzienniczek. Z nudów rysowałem w nim różne Kaczory Donaldy i Myszki Miki. Przez nieuwagę zabrano mi go i przeszedł przez całą szkołę, a wszyscy widzieli moje rysunki.

Martyna: Dziadku, bardzo wiele się dowiedziałam. Serdecznie Ci dziękuję za udzielenie wywiadu!

Dziadek: Cała przyjemność po mojej stronie!

Autor: Martyna Giełtowska

Wywiadu udzielił: Edward Giełtowski


Wywiad z Panią Janiną Szewczyk z domu Sierek

Pani Jasia była moją opiekunką przez kilka lat. Kochana niania była moim przewodnikiem po Hałcnowie.

Marysia : Jak Pani wspomina czas spędzony w szkole?

J.Sz.: Bardzo miło . Było to wspaniałe doświadczenie, szczególnie podobały mi się lekcje z moją wychowawczynią Panią Sajewicz.

M: W których latach uczęszczała Pani do szkoły?

J.Sz.: Do szkoły chodziałam w latach 1952- 1959

M: Z kim Pani siedziała?

J.Sz.: Siedziałam z Marysią Olejak ( Raszka).

M: Jak ubierano się do szkoły?

J.Sz.: Obowiązywały mundurki z białymi kołnierzykami.

M : Jaka była Pani ulubiona lekcja?

J.Sz.: Moją ulubioną lekcją był język Polski z wychowawczynią panią Sajewicz.

M: Jak wyglądały sale lekcyjne ?

J.Sz.: Sale pomalowane były na biało, na ścianie wisiał krzyż (tylko przez dwa lata), później pojawiły się portrety Pierwszego Sekretarza i Przewodniczącego Rady Państwa.

W zielonych drewnianych ławkach były kałamarze. W oknach wisiały plastikowe zasłonki. W rogu klasy stały kaflowe piece oraz miednica z wodą. Na pewno sale nie były tak kolorowe jak teraz.

M: Czy miała Pani ulubioną lekturę?

J.Sz.: Uwielbiałam czytać, każda książka była niesamowita, bo przenosiła mnie w inny świat . Uczyliśmy się dużo wierszy . Wiele z nich pamiętam do dzisiaj.

M: Którego nauczyciela wspomina Pani najmilej?

J.Sz.: Oprócz wychowawczyni, najmilej wspominam panią Grzywacz z geografii.

M: Czy były bale karnawałowe lub dyskoteki w szkole?

J.Sz.: Niestety nie było. Chodziliśmy do zakładu pracy rodziców na „Dziadka Mroza”. Z tej okazji dostawaliśmy skromne paczki ze słodyczami.

M :Czy dzieci musiały odrabiać dużo zadań domowych?

J.Sz.: Na pewno mniej niż teraz.

M: Jakie były stopnie?

J.Sz.: Były tylko 5-4-3-2 nie było 1 i 6.

M : Jak dzieci spędzały przerwy?

J.Sz.: Podczas przerw bawiliśmy się na podwórku albo rozrabialiśmy na korytarzu.

M : Czy na lekcjach panowała dyscyplina?

J.Sz.: Na lekcji było bardzo cicho, gdy nauczyciel coś tłumaczył, to trzeba było mieć ręce za plecami. Za duże przewinienia wędrowało się do kąta, zostawało w kozie, czyli po lekcjach. Nauczycieli oraz wszystkich pracowników szkoły darzyliśmy szacunkiem. Czuliśmy respekt.

M: Czy pozostały z czasów szkolnych do dzisiaj przyjaźnie ?

J.Sz.: Tak, z Marysią Olejak oraz Rudkiem Szlosarczykiem.

M: Dziękuję za wywiad i podróż w czasie

J.Sz.: Dziękuję.

Wywiad przeprowadziła Maria Komędera uczennica klasy 5b.


Sara Martyniak

kl. 6b

Wywiady przeprowadzone z absolwentami Szkoły Podstawowej nr 28 w Bielsku-Białej.

Wywiad przeprowadzony z Marią Martyniak (ciocią)

Sara Martyniak: W jakich latach uczęszczałaś do SP 28?

Maria Martyniak: W latach 1992-2000.

SM: Co najlepiej zapamiętałaś ze szkoły?

MM: Najlepiej zapamiętałam Panią Marię Bąk – nauczycielkę geografii, ponieważ bardzo ciekawie prowadziła lekcje.

SM: Jakiego nauczyciela najlepiej zapamiętałaś i dlaczego?

MM: Jak powiedziałam wcześniej, najlepiej zapamiętałam panią nauczycielkę geografii. Lekcje prowadzone przez nią były bardzo ciekawe i wiele mnie nauczyły.

SM: Czy któraś z przyjaźni szkolnych przetrwała do dnia dzisiejszego?

MM: Tak, z Kingą Martyniak. Po szkole podstawowej poszłyśmy nawet do tego samego liceum.

SM: Jakie zdarzenie szkolne zapamiętałaś?

MM: Dyskoteki szkolne.

Wywiad przeprowadzony z Pawłem Martyniakiem (tatą)

Sara Martyniak: W jakich latach uczęszczałeś do SP 28?

Paweł Martyniak: Do SP 28 uczęszczałem w latach 1982-1990.

SM: Co najlepiej zapamiętałeś ze szkoły?

PM: W pamięci zachowałem mecze piłki nożnej na lekcjach wychowania fizycznego. Byłem wtedy wysportowanym chłopakiem i bardzo lubiłem grać w piłkę nożną.

SM: Jakiego nauczyciela najlepiej zapamiętałeś i dlaczego?

PM: Pan Stachura z lekcji muzyki. Na jednej lekcji postawił mi pięć dwój. Na następnej – wszystkie poprawiłem.

SM: Czy któraś z przyjaźni szkolnych przetrwała do dnia dzisiejszego?

PM: Niestety, żadna z przyjaźni nie przetrwała. Sporadycznie spotykam koleżanki i kolegów z klasy.

SM: Jakie zdarzenie szkolne zapamiętałeś?

PM: Na jednym ze sprawdzianów pomogłem koleżance w zamian za obietnicę buziaka w szatni, jednak koleżanka nie wywiązała się z obietnicy. Byłem wtedy bardzo na nią obrażony, ale teraz chce mi się z tego śmiać.

Wywiad przeprowadzony z Józefą Martyniak (babcią)

Sara Martyniak: W jakich latach uczęszczałaś do SP 28?

Józefa Martyniak: Do szkoły uczęszczałam w latach 1960-1968.

SM: Co najlepiej zapamiętałaś ze szkoły?

JM: Koleżanki, kolegów i nauczycieli.

SM: Jakiego nauczyciela najlepiej zapamiętałaś i dlaczego?

JM: Pana Stefana Raszkę, ponieważ bardzo dobrze uczył fizyki i dzięki temu byłam prymuską.

SM: Czy któraś z przyjaźni szkolnych przetrwała do dnia dzisiejszego?

JM: Tak, z Krysią Konior, Małgosią Pysz i Zosią Pacułą.

SM: Jakie zdarzenie szkolne zapamiętałaś?

JM: Moją podpowiedź, którą dałam koleżance na otrzymane od nauczyciela pytanie: „W jakich warunkach jełczeje masło?”, tj. „Od powietrza, głodu i wojny”. Niestety, koleżanka nie poznała się na żarcie i powtórzyła moją podpowiedź nauczycielowi.

Wywiad przeprowadzony z Janem Martyniakiem (dziadkiem)

Sara Martyniak: W jakich latach uczęszczałeś do SP 28?

Jan Martyniak: W latach 1956-1963.

SM: Co najlepiej zapamiętałeś ze szkoły?

JM: Podwórko starej szkoły, gdzie aktualnie znajduje się przedszkole.

SM: Jakiego nauczyciela najlepiej zapamiętałeś i dlaczego?

JM: Wychowawczynię Panią Skorkową, bo była miła dla uczniów.

SM: Czy któraś z przyjaźni szkolnych przetrwała do dnia dzisiejszego?

JM: Tak, z Zygmuntem Studlikiem i Kazkiem Koniorem.

SM: Jakie zdarzenie szkolne zapamiętałeś?

JM: Kiedy budowano nową drogę (ul. Wyzwolenia) nie było mostu na rzeczką obok sklepu (Kosmos) i wszyscy rzeczkę przeskakiwali i przerzucali plecaki przez wodę. Niestety, pewnego dnia tak przerzuciłem plecak, że wpadł do wody i utopiłem w rzeczce wszystkie książki i zeszyty.


Wywiad z p. Stanisławem Sadowskim,

absolwentem Szkoły Podstawowej nr 28 im. gen. Józefa Kustronia w Bielsku – Białej.

Amelia Wolicka: Szkoła Podstawowa nr 28 jest teraz po remoncie, ale jak Pan ją wspomina, kiedy do niej chodził? W jakich to było latach?

Stanisław Sadowski: Bardzo miło wspominam moją szkołę! Chodziłem do niej w latach 1975 – 1983. Wiele zmieniło się w niej po remoncie, ale wciąż pamiętam rzeczy, które już nie istnieją. W klasach pierwszej, drugiej i trzeciej były jeszcze ławki z otworami na kałamarz. Myśmy już mieli pióra na naboje. A w kącie przy tablicy był stojak z blaszaną miednicą (z wodą do mycia rąk brudnych po kredzie). Pamiętam też zimę 1978 – 79, gdy uczyliśmy się jeszcze w starej szkole, gdzie obecnie jest Przedszkole nr 43. W klasach były wtedy piece kaflowe, a temperatura wynosiła 12 stopni. Dyrekcja podjęła decyzję o odwołaniu lekcji. Do nowej szkoły chodziłem tylko rok. Były tam już klasy przygotowane pod przedmioty: chemię, fizykę i historię.

AW: Jak liczne były klasy i ile ich było? Mury szkolne zdołały pomieścić wszystkich uczniów?

SS: Klasy liczyły po 20 uczniów i przeważnie były tylko dwie: A i B. Ja chodziłem do A. Dość duże sale spokojnie mieściły wszystkich, nie było z tym problemów tak jak czasem dzieje się w obecnych, przeludnionych klasach.

AW: Co Pan najlepiej wspomina z czasów szkolnych? Czy czas szkolny to była mimo wszystko zabawa i zdobywanie przyjaźni, czy jednak „utrapienie” wytężonej nauki?

SS: Mile wspominam pierwszą klasę, gdy poznawaliśmy litery i cyfry, uczyliśmy się pisać i czytać. Moją wychowawczynią była p. Mirochowa, która bardzo ciepło nas witała i niezmiernie miło się do nas odnosiła. Miała cierpliwość i serce do takich rozrabiaków. W późniejszych klasach zaczęła się już poważna nauka. Byliśmy bardzo zgraną klasą, pomagaliśmy sobie nawzajem w nauce. Zdarzało się, że ci zdolniejsi uczniowie dawali odpisać zadanie, co nie było najlepszą formą pomocy w nauce.

AW: Jak wyglądał typowy dzień szkolny? Jakie mieliście przedmioty? Jaki był Pana ulubiony?

SS: Zajęcia szkolne rozpoczynały się od 8.00., lekcja trwała 45 minut. Mieliśmy: język polski, matematykę, fizykę, chemię, geografię, zajęcia techniczne, w-f, biologię, j. rosyjski, historię. Najbardziej lubiłem historię. W starej szkole nie było sali gimnastycznej, więc zajęcia z w-fu odbywały się w terenie. Biegaliśmy, ćwiczyliśmy i graliśmy w piłkę w Księżym Lesie. Mieliśmy też częste wypady w góry z p. Raszką. Nie mogliśmy narzekać na nudę pod tym względem.

AW: Czy był obowiązek chodzenia w mundurkach?

SS: Oczywiście! Chodziliśmy w granatowych mundurkach z białymi kołnierzykami. Na rękawie musieliśmy mieć obowiązkowo tarczę szkoły.

AW: Czy w tamtych czasach były apele szkolne?

SS: Owszem, uczestniczyliśmy w takich. W lecie odbywały się na boisku, a zimą na korytarzu szkolnym.

AW: Jakie kary stosowano np. za spóźnienie na lekcje czy nieodrobienie zadania?

SS: Za brak zadania przeważnie była ocena niedostateczna, czasem kazano odrobić zadanie na następną lekcję. Ale jak już wspominałem, nierzadko mieliśmy dość dobrą kooperację klasową.

AW: Jak wspomina Pan swoich nauczycieli? Czy miał Pan jakiegoś ulubionego?

SS: Niektórzy nauczyciele byli bardzo wymagający, co teraz po latach bardzo sobie cenię. Bardzo lubiłem lekcje muzyki z p. Stachurą. Wyrabiał się nam głos, uczyliśmy się nut i nowych piosenek, co zachęciło mnie do nauki gry na gitarze, na której gram do dzisiaj. Niezmiernie dobrze wspominam też warsztaty z fizyki, gdy p. Raszka demonstrował nam działanie np. akumulatora i innych urządzeń. To właśnie on wzbudził we mnie ciekawość do maszyn, elektrycznych urządzeń, a to zainspirowało mnie do wyboru zawodu mechanika.

AW: Co sądzi Pan o dzisiejszej młodzieży szkolnej? Według Pana jak bardzo różni się ona od Wiaszego pokolenia?

SS: Młodzież w dzisiejszych czasach nie różni się zbytnio od mojego pokolenia. Może kiedyś mieliśmy więcej czasu dla siebie. Odwiedzaliśmy się, jeździliśmy na rowerach, graliśmy w piłkę. Takie zwykłe zabawy, a jednak integrowały człowieka z innymi. Dzisiejsza młodzież dużo czasu spędza przed komputerem, co może nie jest złe, a nawet pomocne w nauce, ale często jest tego za dużo, bez umiaru.

AW: Czy zechciałby Pan przekazać kilka słów uczniom lub nauczycielom, którzy w obecnych czasach uczą się i pracują w tej szkole?

SS: Chciałbym przekazać uczniom, aby pilnie się uczyli, bo właśnie teraz jest czas na to. Poznawajcie tajniki i ciekawostki w nauce. Może się wam wydawać to nudne, ale naprawdę warto! Przydaje się w późniejszym życiu. Nauczycielom chciałbym powiedzieć, aby dobrze i z pasją przekazywali wiedzę. Bądźcie wymagający! Pamiętam również słowa: „Wymagajcie od siebie, choćby inni nie wymagali od was”.

AW: Dziękuję za rozmowę.

SS: Ze swej strony również dziękuję.

Wywiad przeprowadziła

Amelia Wolicka, uczennica kl. 5c.